O autorze
Urodziłem się i mieszkam w Warszawie. Patrząc na ulice tego miasta sam dostrzegam pewien dysonans między tematyką mojego bloga, która ma dotykać stylu, dobrego smaku i różnych odcieni czegoś co zwykło się nazywać elegancją. Nie wiem, co prawda czy mam prawo się na tematy stylu i mody wypowiadać. Pewnie wielu powie, że nie powinienem bo brak mi wykształcenia w kierunku stylizacji, mody, sztuki i jej historii. Przez wiele lat wykonywałem zawód, raczej nie kojarzony z modą i stylem. Księgowy, mówią o profesji, którą przez lata zarabiałem na bułkę z masłem. Milsi znajomi używają określenia ekonomista, żeby mi nie było przykro. Facet z liczydłami i w zarękawkach nie do końca bowiem harmonizuje z wzorcem eleganckiego i stylowego mężczyzny. Może taka jest rzeczywistość, a może nie. Co tam, myślę sobie. Podobno dobrze piszę więc, jak będzie nawet niefachowo to może chociaż stylowo i elegancko.

Śniadanie w Sajgonie

Na ostatnim piętrze Saigon Hotel zaczyna się pora śniadania. Jest 5 rano i wczesny kwietniowy świt zdejmuje czerń ze stalowych konstrukcji nadrzecznych dźwigów.

Spodziewałem się zwykłego bufetu, bo taka informacja widniała w hotelowej ulotce. Im bliżej było do przeszklonej sali restauracyjnej, która zapewne w czasach świetności hotelu była eleganckim roof top barem, tym bardziej drażnił powonienie dochodzący stamtąd zapach. Tak nie pachnie śniadanie. Tak pachnie Azja. Na skromnych ceratowych stołach różnorodność potraw, z których jedynie znikoma część przypominała cokolwiek ze znanej mi, całkiem nieźle, oferty warszawskich „Chińczyków” czy „Wietnamczyków”. Smak dorównał aromatowi. Stali goście „Saigonu” musieli to wiedzieć, gdyż już teraz śpieszyli windami ze swych pokoi. Przeważali Chińczycy, co nie było zaskoczeniem. Mieszkańcy Państwa Środka to obecnie najbardziej podróżujący z sąsiadów Wietnamu. Nieco później, niewielkimi grupkami, zaczęli się pojawiać turyści z Japonii. Sala szybko się zapełniała i przy ostatnich wolnych miejscach usiadło kilku gości lokalnych najpewniej w delegacjach. Pomimo ilości ludzi, którą zwykliśmy określać mianem tłoku, w jadalni było cicho. Z podwieszonych pod sufitem głośników sączyły się dalekowschodnie nuty. Wszyscy byli skoncentrowani na spożywanym posiłku. Chińczycy wracali od strony bufetu z miseczkami wypełnionymi po brzegi. Nawet ktoś najedzony, patrząc na to jak jedzą, musiał poczuć chęć na coś zjedzenie czegoś jeszcze. Japończycy przeciwnie, przynosili do stolików małe porcje. Powoli i z namaszczeniem przyprawiali je, zanim stawały się przedmiotem analizy smaku, zapachu, konsystencji a w końcu konsumpcji. Śniadanie w Hotelu Saigon było pierwszym jakie zjadłem w Wietnamie i pomimo iż odwiedziłem później wiele miejsc, obiecujących znacznie więcej niż podupadający „Saigon”, nic równie dobrego o poranku tam nie serwowano.



Chodniki w Sajgonie nie służą do spacerów. Jezdnią płynie skuterowo-samochodowa rzeka. Płynna harmonia ruchu drogowego.

Magma, jak gdyby szukała ujścia, wolno przesuwa się ściśnięta w kanale tworzonym przez ściany domów, by nagle przyspieszyć w szerszej alei. Przeprawa na drugą stronę wydaje się niemożliwa, a jednak, gdy wchodzisz w nurt, okazuje się łatwiejsza niż pokonanie przejście po pasach w przeciętnym polskim mieście. Przechodzień staje się cząstką strumienia, zostaje wchłonięty. Wystarczy odnaleźć oczyma wzrok kierującego skuterem jadącym wprost na ciebie a wówczas ten zgrabnie przepływa obok, zwalnia, lub przyspiesza. Nie zmieniając tempa przechodzisz więc płynnie, patrząc w oczy kierowców, na drugą stronę. To podnosi adrenalinę i budzi podziw dla poszanowania przestrzeni, którą w danym momencie zajmujesz. Czułem się jak otoczony niewidzialnym polem siłowym, które działało jedynie wówczas, gdy mój wzrok potrafił związać w kontakcie spojrzenie kierującego pojazdem.
Na chodniku wolnej przestrzeni nie ma co szukać. Krzesełka i stoliczki o rozmiarze przedszkolnym to podstawowe wyposażenie miejsc, gdzie można wypić kawę i spróbować pachnącej zawartości jednego z tysięcy kociołków pyrczących na rozpalonym ogniu.

Powoli przeciskam się wzdłuż wtłoczonych we wnęki i drzwi sklepów, czy może raczej garaży, które okazują się często mieszkaniami, restauracjami, gabinetami spa i mnóstwem innych rzeczy stoją różności. Duszący smog przenika zapach potu i jedzenia. Wszystko tu jest gęste, od powietrza po wodę w rzece o oryginalnej nazwie Song Sai gon.
W Sajgonie spacerować można po parku i w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Tu łatwiej oddychać. Park budzi się o świcie, w krzyku ptaków i narastającym szumie ulicznego ruchu. Pierwsi pojawiają się staruszkowie. Zbierają się nieśpiesznie pozdrawiając skinieniem i uśmiechem, który zawsze będzie wydawał mi się smutny. Kobiety i mężczyźni w wieku, którego nie sposób określić. Mogą mieć sto albo sześćdziesiąt lat. Tutaj w pewnym momencie zaczyna się wyglądać tak samo. Zasuszone twarze z oczyma o uważnym i ostrożnym spojrzeniu. Ktoś przynosi odtwarzacz i przy dźwiękach przebojów znad delty Mekongu rozpoczyna się magia. Wiekowe kobiety i przygarbieni mężczyźni stąpają wolno, by na ugiętych nogach rękoma przesuwać niewidzialne dla przechodniów przedmioty. Tradycyjne Tai Chi, może Qigong, albo po prostu rodzaj rozgrzewki na cały pracowity dzień. Codzienny spektakl trwa do czasu, gdy park przywita kolejnych gości. Już z oddali słychać, że się zbliżają. Dźwięki radosnej pieśni o zwycięstwie, które dało mieszkańcom tej ziemi zjednoczenie i wolność, będą towarzyszyły zajęciom z musztry i wychowania fizycznego. Nastoletni sportowcy wykonują ćwiczenia wśród zieleni parku usytuowanego w centrum miasta. Tuż obok nadal stoi Hotel de Ville zbudowany w 1907 roku i przez większy czas swego istnienia pełniący (zgodnie z nazwą) funkcję ratusza. Obecnie w Ho Chi Minh City to miejsce nazywa się Komitetem Ludowym.

Saigon, który od 1972 roku przemianowano na miasto ojca wietnamskiego narodu, nie stał się jednak wyłącznie bankowo-handlowym ośrodkiem miejskim. Mijając odnowione i przywrócone gościom, również z nazwy, hotele Caravelle czy Rex, czuje się dekadencki powiew epoki, która odeszła wraz z francuskimi żołnierzami.
Z okien samolotu do Hue szukam w dole widoku Sajgonu, który został za nami. Miasto pozostaje niewidoczne pod pokrywą deszczowych chmur. Jest już 7:15, więc trochę późno na śniadanie w Sajgon Hotel.
Trwa ładowanie komentarzy...